Futbol jest super*

Posiadam wrażenie graniczące z pewnością, że włóczenie się po małym lub wielkim świecie, niezależnie od rozmachu, wyzwala spore pokłady emocji. Dla tych, którzy stoją z boku, emocje pozwalają z biernego gapia stać się tym, który w obserwacji bierze czynny udział. Tak właśnie dzieje się, kiedy z dumnie wypiętą piersią, pójdziesz na stadion by obejrzeć mecz drużyny, której kibicowali kiedyś wespół Twój ojciec i dziadek.

Już od samego przejścia przez stadionową bramę znać, że ma się do czynienia z czystej krwi specjalistami (zwanymi także fachowcami) – znawcami futbolowego rzemiosła, a czasem nawet z tymi, którzy otarli się o wirtuozerię grając drzewiej „nasz plac na wasz plac”. Ma to oczywiście swoje dobre strony (praktyczne zastosowanie języka korzyści) dlatego, że przysłuchując się tym wywodom zyskujesz świadomość zaangażowania w temat tych, którzy tę retorską szermierkę uprawiają. Prawdziwa jednak uczta zaczyna się dopiero kiedy zajmiesz swoje miejsce na trybunie. Chodzi o miejsce wśród tak zwanych „pikników” – ludzi, którzy sprawiają, że mecz zyskuje otoczkę prawdziwie rodzinnej atmosfery (w odróżnieniu od tak zwanego „młynu”, gdzie nie zawsze jest rodzinnie).

Jako przystawkę należy potraktować krótką opowieść na temat przedstawianych przez spikera bohaterów widowiska, które ma się za chwilę rozpocząć. Sam Dariusz Szpakowski, do spółki z Jackiem Zimochem a nawet Janem Ciszewskim, nie wpadliby na tak finezyjne i harmonijne połączenie określeń, które opisują wychodzących na arenę gladiatorów. Jednak dopiero ocena pracy arbitra brzmi, jakby wyszła co najmniej spod pióra Leśmiana. „Całe wiązanki epitetów, które ze względu na pomysłowość i nieoczekiwane skojarzenia zasługują na miano dzieł sztuki” (tak powiedziałby o tym Jan Długosz).

Oglądając te swoiste igrzyska, coraz bardziej przekonuję się o przemyślnym działaniu Cezarów, którzy traktowali je jako sposób kanalizowania napięć pojawiających się w niełatwych przecież czasach. To taka przestrzeń, kiedy można urwać się z kieratu codzienności (a czasem wymknąć chyłkiem z domu), by pokrzyczeć na tych, którym piłkarskie rzemiosło wychodzi lepiej lub gorzej.

Jednak ponad wszystko warto cenić sobie przywiązanie – czasem od wielu pokoleń – do klubowych barw. Raz na jakiś czas dumnie otulają tak zwaną „obniżoną pierś bohatera”, która niegdyś z dumą wypięta, pragnęła być ozdobiona klubowym godłem a może nawet orłem w koronie.

* Polecam posłuchać utworu Jaromira Nohavicy – Fotbal lub polskiego wykonania Andrzeja Ozgi o łudząco podobnym tytule.

Piotr Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *