Szlakiem sacrum i profanum, czyli olomoucké případy

Zwykło się mawiać, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Oczywiście nie każdy zwyczaj wart jest pielęgnowania, lecz kiedy w grę wchodzi nuta sentymentu, z pamięci wygrzebujemy to, co w naturalny sposób wpływało i nadal wpływa na to kim jesteśmy. Swoją cegiełkę dla zbudowania wielu szlachetnych charakterów dołożyła nasza południowa sąsiadka – Czechosłowacja. Dlatego dbając o swoją godność i honor, wytyczyliśmy kierunek – Ołomuniec.

Tym razem naszym przewodnikiem mimo woli został św. Jan Sarkander, którego można spotkać na wielu skwerach i w wielu zaułkach tego „małego Wrocławia”. Jaki kierunek może nadać taka postać? Kościół. I nie wypadało odmówić.

Ołomuniec, jako stare miasto, ma ich naprawdę wiele. Począwszy od wielokrotnie przebudowywanej katedry, a na małych wciśniętych między kamienice kapliczkach skończywszy. Nie chodzi jednak o opowiadanie tego, kto i w którym roku wyrzeźbił tego lub innego aniołka. Ciocia wikipedia i wujek google dostarczą wnikliwym odpowiedzi na to i inne pytania. Jednak ani wspomniana ciotka ani wuj nie przeżyją za Ciebie wejścia po „wytartych schodach, starych jak słońce”, nie powąchają za ciebie, jak pachnie stary kościół i nie wyszeptają modlitw milionów ust (troszkę się nazbierało przez te wszystkie lata). To dość niezwykłe, kiedy możesz usiąść na ławce, kamieniu lub oprzeć się o ścianę, której dotykali noszący zaszczytne miana świętych. Co ciekawe, ten drobny fakt pokazuje, że świętość to całkiem ludzka, choć podniesiona do nieba, sprawa.

Natura ludzka łączy w sobie sferę świętości i tego, co zwykło się nazywać „profanum”. Wobec tej niezwykłej harmonii, zmieniliśmy przewodnika na nieco mniej świętego.Może nie zna wszystkich sakralnych miejsc Ołomuńca, lecz z pewnością wie, gdzie leją doskonałe czechosłowackie piwo i gdzie knedel smakuje jak za czasów dobrego pierdoły Szwejka.

Tak już jest, że każda wesoła ferajna (no, prawie każda) po duchowych uniesieniach jest ściągana na ziemię przez burczenie w brzuchu. To dopiero otwiera możliwość wprowadzenia rzeczonej harmonii wśród nas – nie do końca udanych aniołów. Swoją drogą, chodzi przecież o to, by odwiedzić możliwie najwięcej miejsc, gdzie wiara spotyka rozum. Im więcej kolebek wiary i historii widzieliśmy, tym więcej potrzebowaliśmy do tego siły, która (cytując Czapkinsa) „bierze się z jedzenia” (naszym zdaniem jedzenie należy popić). Grunt, to właściwie zachowane proporcje.

Wydawać by się mogło, że jako stali bywalcy czechosłowackich miast i wsi, jesteśmy już przyzwyczajeni do czeskiego pragmatyzmu. Otóż nie.Drobna niespodzianka zawsze w cenie.

Jako błyskotliwy naród, Czesi stawiają przy witrynie stolik dla niepalących. Mniejsza o zadymienie całej knajpy. Miejsce dla tych, którzy puszczenie dymka traktują jako zbrodnię na płucach jest, a i pełna popielniczka, po spojrzeniu z perspektywy chodnika, nie odstrasza miłośników knedli i piwa. Pomysłowość, która pozwala zachować szacunek dla człowieka, w jego nie do końca zdrowych zwyczajach i wypełnić dyrektywy UE o „szacunku dla zdrowotności” jest zaiste godna podziwu. Nasuwa się myśl, że to kraina myślącego serca i kochającego rozumu, która łączy w sobie stare i nowe.

Prawdziwy jednak zachwyt (zdolność do zachwytu – im większa, tym człowiek mniej sfrustrowany) wywarła cicho grana melodia opiewająca uroki Cieszyna. Więc i w Ołomuńcu grają na ulicach piosenki Jaromira Nohavicy!

Można siedzieć obok i słuchać, słuchać… Bo takie numery jak „Mikymauz”, „Ještě mi scházíš” czy „Minulost” zdecydowanie prowokują do zachwytu. I pobudzają pamięć. Ta z kolei biega między łzami i uśmiechem. Taka jej rola. I naprawdę jedynie silna wola jest w stanie powstrzymać lejące się łzy. Zachwytu. Nad muzyką i tym co „Všechno cos po cestě poztrácel zmizelo jak vlaky na trati, ta holka nese to v batohu na zádech ale nevrátí”*.

Pilon w swoim głębokim przeżywaniu empatii powiedziałby – „co zrobisz?”. Ale na jego usprawiedliwienie niechybnie wpłynęłoby stwierdzenie, że za silną wolę należy się nagroda. Jakkolwiek by nie spojrzeć kolejna okazja do zachwytu jest na wyciągnięcie ręki (wasze zdrowie!).

Prawie każdy strudzony łazik, uświęcony sakralnym miejscami i „sprofanowany” miejscami, gdzie można trafić na stolik dla niepalących, musi odrobinkę odpocząć…

A może jedźmy do wód?! – śmiała propozycja – pomyślałem. No ale ostatecznie dlaczego nie? (element wynagradzający silną wolę).

Wody, jak wody – mokre. Jakkolwiek tęsknota tego pragmatycznego narodu za dostępem do morza po raz kolejny była okazją do zachwytu. Dość prosta czynność, jak wygrzewanie się w lokalnej saunie, stała się okazją do odprawienia „saunowego rytuału”. Życzę Ci, drogi czytelniku (w myśl zasady – życz a będzie Ci życzone), byś kiedyś miał okazję być wyrwanym z sennego letargu przez gościa o aparycji bosmana. Bardziej chodzi jednak o sposób wybudzania. Otóż rzeczony bosman – człowiek nie znający kompromisu – przy dźwięku szant, w ubraniu rasowego marynarza, ze zwinnością łasicy tańczy, wachluje i rozlewa na rozgrzane kamienie aromatyczne olejki. „You can dance” może się schować. Aż chciałoby się zaśpiewać „hej obudzę fale, hej obudzę wiatr, w białych żagli karnawale, swój odnajdę świat”.

Zatem, mając na uwadze, tekst śpiewany przez, równie bezkompromisowego jak bosman Kovala, odnajduj swój świat nawet w ołomunieckiej saunie. Być może dzień pełen wrażeń, pełen niebanalnych spotkań z niepospolitymi ludźmi, nie wyłączając bosmana (i jego tańca), sprowokuje Cię do kolejnej morskiej lub lądowej przygody, do podróży bez kompromisu, gdzie zgarniesz całą pulę niezwykłych, godnych zachwytu wrażeń.

 

* rozszyfrowanie tekstu niech zostanie Twoim godnym trudem, drogi czytelniku.

Piotr Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *