Nie wszystko o Gruzji – Epilog

Po tygodniach (a nawet miesiącach) zmagania się z niemocą twórczą, leniem i odrobiną nieśmiałości okraszoną strachem (to prawdopodobnie mój pierwszy oficjalny epilog w życiu) nadszedł moment zmierzenia się z zapowiadanym wcześniej epilogiem. Za radą „naszej baby”, która wieszczyła nadejście weny w przedziale dumy PKP, zdobywam się na odwagę skreślenie kilku zdań. No bo przecież głupio tak zacząć i nie skończyć.

Po powrocie z Kazbeku w glorii zdobywców, przyszedł moment, by powiedzieć królowej Tamar, która tak dumnie strzeże Sakartvelo – „do zobaczenia” (w żadnym wypadku nie należy mówić „żegnaj”). Chodziło jednak o to, by pożegnać się z godnością i honorem; żeby spiąć jedną podróżniczą klamrą całe to gruzińskie włóczenie się. Nie wspominałem, poniekąd celowo, o miejscu pośrodku niczego – nazywa się Udabno i jest reliktem gospodarki planowej ZSRR. Wieś na stepie (czyli w środku niczego), która nadgryziona zębem czasu tkwi tam, jak kurzajka na czubku nosa Baby Jagi.

To właśnie tam Gruzja do dna poruszyła moje serce (jak wspominałem, tych poruszeń było całkiem sporo), tam po raz pierwszy zachłysnąłem się gruzińskim duchem i tam po raz pierwszy dał o sobie znać fart do spotykania dobrych ludzi. Bo tak właściwie wypada powiedzieć o Darku, Flawii i Emku, którzy zabrali mnie w to niezwykłe miejsce. Aż ciśnie się na usta przyśpiewka wracająca z mocą w okolicach drugiej połowy sierpnia – „raduje się serce, raduje się dusza, gdy hanys hanysowi z odsieczą wyrusza”. Dzięki dobrym ludziom, nie raz wyrywałem się z nieco nużących objęć Tbilisi.

Sama droga do Udabno miała być jedynie etapem podróży do David Garedża, gdzie łzy proroka Dawida zamieniły się w cudowne źródło (ludzie wschodu mają zdecydowanie więcej „cudowności” niż do bólu – czasem bólu dupy – racjonalny zachód). Swoją drogą my też mamy swoje polskie cudowne źródła, na przykład w Licheniu 🙂 David Garedża jako zespół klasztorów był zamieszkały w starodawnych czasach przez tysiące mnichów (chyba o tym już wspominałem).

Przemierzając tą sielską drogę na pogranicze gruzińsko – azerskie, nie wiedziałem jeszcze, że Udabno stanie się wisienką na gruzińskim torcie. Wiadomo, Gruzja to trochę stan umysłu, a wspomniana wieś pośrodku niczego z powodzeniem pozwala w ten stan wejść. Jest tam miejsce o wiele mówiącej nazwie – „Oasis”. Coś w stylu „u nas zjesz, wyśpisz się, rzucisz okiem na polską „prasę rozrywkową” i pogadasz w ojczystym języku. Ta oaza jest taką przystanią dla włóczykijów z Polski (swoją drogą, wspaniałych ludzi). Możesz tam spotkać tych, którzy przyjechali wywietrzyć głowę albo zatrzymali się na chwilę w podróży rowerem dookoła świata. Tam w Udabno dobitnie można przekonać się o prawdziwości tezy, że to ludzie tworzą klimat.

I właśnie tam rozpoczęliśmy nasze mówienie „do widzenia” królowej Tamar. Pożegnanie z Gruzją powinno być rzewne i obfite, bo temu zakątkowi świata nie można tak po prostu powiedzieć „nara” i zniknąć po angielsku, jak z imienin u upierdliwej ciotki. Kończąc wywód o Udabno można zacytować klasyka – „tam wszystko się zaczęło”.

Oswajając ponurą perspektywę rozłąki z Sakartvelo, postanowiliśmy uronić kilka łez w Kachetii. A właściwie wysuszyć tam nasze łzy (z nich raczej nie wytrysnęłoby żadne źródło) i przy okazji wysuszyć kilka butelek wina. Bo Kachetia to taka gruzińska Toskania, pełna winnic i tego, co winnice produkują. A sok z winogron dobrze koi smutek rozłąki i dobrze robi „dla zdrowotności”. Wino było znakomite, prawie każde. Prawie, bo Zdzichu nie trafił z zakupem. Choć mamy podejrzenia, że zawartość butelki skisła ze strachu przed naszym Chuckiem Norrisem. Co nie zmienia faktu, że kachetyjskie wino jest wyborne.

Mieliśmy szczęście w organizowaniu tej winnej wycieczki, bo towarzyszył nam… (jak On miał na imię?) Buster Keaton. Człowiek, który zachowywał taki sam wyraz twarzy niezależnie od sytuacji. Był naszym „waditielem”, doradcą handlowym (nauczył nas rozpoznawać „czaczę – pierwyj sort”), przewodnikiem i aniołem stróżem. Może nie jeździł jak Kubica, ale nie walnął po drodze nawet psa.

Tak minął mi przedostatni gruziński dzień. Nie był to jednak koniec wrażeń. Postanowiłem pójść do gruzińskiej łaźni, żeby wrócić do kraju, ojczyzny wykąpanym i pachnącym (no z tym było odrobinkę trudniej). Szorowanie mokrą szmatą przypominało heblowanie desek w tartaku, ale mój urżnięty jak szpadel masażysta „zdiełał” mi taki peeling, że poczułem się o kilka lat młodszy. Najciekawsze miało jednak dopiero nadejść. Myśl o podróży na lotnisko wbiła mnie w melancholijne osowienie, bo czas romansu z Gruzją nieubłaganie się kończył.

O ile do Tbilisi wjechałem jak król – taksówką, to na lotnisko pojechałem marszrutką. Teoretycznie mieści się w niej około 25 osób. Do naszej akurat weszło około 60. Wśród nich była także Królowa Kentu. Gdy tylko uznała, że ktoś narusza jej przestrzeń intymności (jak tu mówić o jakiejkolwiek przestrzeni?!?), biła delikwenta po łapach. Stoczyliśmy bitwę na spojrzenia. Poległa na hasło „Babuszka, eto niet biznesklasa”. Wierzę, że nie odarłem jej z królewskiej godności. Na pewno ocaliłem swoją. I przy okazji swoje łapy.

Kiedy wydawało się, że nic już się nie wydarzy, z błogiego o tym przekonania wyrwało mnie zdanie „Pana samolot odleciał wczoraj”. COOOOOO?!?! Do diaska! (gówno prawda, wcale tak nie pomyślałem). Do odlotu godzina, a ja stoję jak widły wbite w gnój, trzymając w ręku bilet na wczoraj. O ile w gruzińskiej łaźni odmłodniałem, to stracone tam lata wróciły właśnie w tym momencie. Znów pomogło mi nastawienie na cel. Przecież muszę wrócić do Polski. Krótkie „You have to help me” rzucone w stronę pracownika LOTu pozwoliło zdobyć uprawnienia przelotowe. Na marginesie, to nie są tanie rzeczy. Ale kto zabroni biednemu bogato żyć?

Przygoda z biletami również ma swój dodatkowy smaczek. Kiedy, będąc już w Polsce, zadzwoniłem do moich poznanych w Gruzji przyjaciół (jeśli poznasz kogoś w Gruzji, to staje się on Twoim przyjacielem) i opowiedziałem im moją słodko-gorzką historyjkę z biletem, w słuchawce zaległa cisza, a po niej z nieśmiałym niedowierzaniem padło pytanie – „to Ty też”? Jedynie Zdzichu wrócił zgodnie z planem. Ale to w końcu Zdzichu.

Co tu dużo gadać… Gruzja wciąga. Bardziej niż doskonała książka, film, chipsy, dłubanie w nosie… Bardziej niż zabawa folią bąbelkową.

Czyniąc długą historię krótką – po Gruzji życie już nie będzie takie samo. Spróbujesz?

Piotr Opublikowane przez:

4 komentarze

  1. Zdzich
    Sierpień 24, 2016
    Reply

    pozdrowienia dla przyjaciół z którymi spędziłem piękne dni w Gruzji

  2. libre
    Luty 27, 2016
    Reply

    Pedro,dzięki,że piszesz cuda i wiesz jak to czynić.Pokazałeś kawałek,ziemi,ale też PIĘKNA, które jest tak blisko.
    Masz racje,że nie można od tak powiedzieć,goodbye,.
    zachwyciło mnie miejsce,Davida Garedża’choć nie wiem czy będę kiedykolwiek w tamtych stronach,to już jakbym dotknęłam tych miejsc.
    A to wszystko dzięki opisowi.Najpiękniejsze zdjęcie z waszego luksusowego miejsca obozowego.

  3. Mo Fisher
    Luty 22, 2016
    Reply

    niesamowite 🙂 Gruzja jest na mojej liście marzeń 🙂

    • Darek
      Luty 22, 2016
      Reply

      Dzięki za miłe słowa.
      A tak przy okazji, to niecały tydzień temu wróciłem z …. Gruzji (tym razem z resztą Rodzinki). Twoje zdobycie Kazbegu jest ciągle żywe w Tbilisi.
      Pozdrowienia od grupy z Szatili.
      W Udabno podobno chwilowo rządzą Holendrzy (wiadomość uzyskana w tbiliskiej Samebie). Chyba więc coś (a właściwie ktoś) się urodziło.
      A w czerwcu znów lecę – w ubiegłorocznym zespole. Liczę na lekki harcore (głównie – Tuszetia).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *