Cieszyńsko – Tešinska przygoda

„Gdybym się urodził przed stu laty w moim grodzie, u Larischów dla mej lubej rwałbym kwiaty w ich ogrodzie…” Słowa tej piosenki przywodzą mi na myśl pewien zmęczony poranek, kiedy zamiast w góry, jak zazwyczaj w środy, ruszyliśmy by poznać niezwykłe miejsce, które opiewał Jaromir Nohavica, a później szerszej – polskiej publice prezentował Jonathan Owens, znany w niektórych środowiskach jako Artur Andrus. I właśnie po latach postanowiłem, na własny użytek, „dośpiewać” dalszy ciąg tej pieśni (Pilon z pewnością dobrałby jej jakiś znakomity tytuł).

Cieszyn, bo o nim będzie tutaj mowa, delikatnie wysączył słowa (a może powtórzył po jakimś miejscowym Paulo Coelho) – „Szczęścia nie ma, są tylko przyjemności”. Można się spierać co do prawdziwości tego zdania. Nie widzę jednak powodów, by nie odpowiedzieć z przekonaniem na tę subtelną pokusę.

Nerwowe umysły pewnie brną na czechosłowacką stronę, gdzie przyjemności wydają się być bardziej oczywiste (proponowane przez opisane już wcześniej bohemskie wyższe sfery). Jednak zanim ich dostąpimy, warto uzbroić się w odrobinkę cierpliwości.

Po kolei zatem. Zanim babcia historia podzieliła Czechosłowację i zdążyła podzielić Cieszyn, który drzewiej był jednym, w miarę zdrowym organizmem, gdzie nawet katoliccy ultrasi dobrze (bądź umiarkowanie dobrze) dogadywali się z protestanckimi hoolsami. Zanim na cieszyńskich włościach zasiedli Habsburgowie, którzy wygryźli Piastów. Zanim Cieszyn został miastem… Spotkali się u studni trzej bracia (pewnie Bellon nie polewał, ale przekonanie, że strzelili tam po piwku jest we mnie wyjątkowo silne) – Leszko, Bolko i Cieszko (piękne słowiańskie imiona, w odróżnieniu od Vanessy, Brooklyna i Stevena). I właśnie z tego spotkania zrodziła się idea założenia osady, która będąc owocem ich radości ze spotkania, została nazwana Cieszynem.

Miejsce to, podobnie „jak za króla Ćwieczka”, tak i dzisiaj samo w sobie jest pretekstem do wzbudzenia w sobie radości. Dobrzy ludzie obok rzeczonej studni założyli szynk, w którym – wznosząc się ponad podziałami, jak kiedyś trzej bracia – można strzelić piwko – klejnot svijanskiego zamku. I zagryźć je karlowarskim knedlem.

Gdybyś jednak, drogi cieszyński podróżniku, zechciał przenieść się o dobrych kilkanaście (lub więcej) lat wstecz, pójdź za rzekę odwiedzić Huberta. Nie wiem kim był (a może jeszcze jest?), ale kiedy zostaniesz jego gościem, niewykluczone, że zaczną Tobą targać sentymenty połączone z zachwytem. Bynajmniej nie z powodu wykwintnego menu. Chodzi o klimat. Miejsce to działa jak wehikuł czasu.

 
Od wejścia uderza zapach palonych papierosów i rozlanego w trakcie gry w karty piwa. Nikt nie stwarza problemów, gdy Lojza, Pavel lub Zdenek, który urwał się z domu pod pretekstem wyprowadzenia psa na spacer, siada przy stole ze swoim czworonogiem. Oni to, będąc ludźmi wielkiego serca, na pytanie kelnerki – Jedno? Zawsze odpowiadają – Dve! No bo po co ma dziewczyna dwa razy chodzić. Można to miejsce potraktować jak bibliotekę (wielu ludzi czyta) lub jako współczesny czeskocieszyński Areopag, gdzie dyskutuje się o Putinie, kursie dolara, szemranych interesach i cenach piwa. To trochę takie miejsce, gdzie ludzie są u siebie, bo przecież chodzą tam od lat. Cała otoczka sprawia, że dla mnie lub Ciebie zwyczajne z pozoru wyjście do knajpy może stać się przygodą lub choćby wstępem do niej. Bo wychylony kufelek i skonsumowany knedel z pole…bla, bla, bla (tak po czechosłowacku jest polędwica, przynajmniej tak twierdzi kelnerka:) ) prowokują do odkrywania cieszyńskich smaków i smaczków.

Na koniec wspomnę o jeszcze jednym. Muzeum drukarstwa (wróć, przyjacielu, na północ od Olzy). Element tożsamości tego miasta, bo „gdybym sto lat temu się narodził, byłby ze mnie introligator. U Prohazki bym robił po dwanaście godzin i siedem złotych brał za to” – jak twierdził Nohavica. Warto tam zajrzeć, by docenić możliwość przeczytania gazety u Huberta.

Po wielu innych cieszyńskich zaułkach przeprowadzi nas niejeden „pascalopodobny” przewodnik, dlatego nie będę powielał tego, co już napisano (w rzeczonym muzeum można nabyć, jako cegiełkę, dobry „niepascalopodobny” bryk o tym pięknym mieście).

Życzę Ci zatem, w myśl zasady – „życz, a będzie Ci życzone”, byś zwiedzał to miasto po swojemu szukając tego, co rozbudzi w Tobie chęć poznania jego smaku.

P.S.: Jest Cieszyn znany z jeszcze jednej transgranicznej imprezy. Ale o tym nie odważę się pisać. Prawda, Paulino?

Piotr Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *