O ignorancji, wolności lub jak kto chce sobie to nazwać

Próbowałam wielokrotnie prowadzić kalendarz. Taki papierowy, książkowy. I taki wielkoformatowy – na ścianie. Próbowałam robić własny kalendarz – żeby było przyjaźniej i chętniej (zostały mi po tym ładne, nieskalane żadnym planem zeszyty). Próbowałam w telefonie – bo to zawsze człowiek ma ze sobą, nie zapomni, nie obciąża dodatkowo plecaka/torby. No i co? No i nic. Jedyne co zapisywałam to wizyty u dentysty. 

Zaczynam się godzić z tym, że nie jest mi po drodze z kalendarzem. Ba. Nie jest mi po drodze z planowaniem. Z coraz większą odwagą podchodzę do nieposiadania planów. I trochę zastanawiam się czy to jakaś doza wolności się mi objawia, czy pewna doza ignorancji, a może po prostu – jednostka chorobowa. 

Bo jednak – no jak to tak. Nie wiedzieć, gdzie się chce być za 5 lat? Co będę robiła o tej porze jutro? Gdzie święta? O której wstanę? Co będzie na obiad? Nie wiem. 

I być może faktycznie – wydaje się, że to poważny objaw braku odpowiedzialności. Jednak, kiedy już będę miała pewność, że dożyłam jutra – podejmę decyzję, że wstanę. Wymyślę coś na obiad. I pewnie „coś” będę robiła.

Miałam szansę (a może jednak zaryzykuję i napiszę: mam szansę) znać mistrza tego stylu. Z zachwytem opowiadał nie tak dawno, jak czekał 5 godzin na parę młodą, która spóźniła się na swój własny ślub. W międzyczasie udało się poznać całą rodzinę, pogadać o pogodzie i niepogodzie. Po prostu być. I siedzi mi ta opowieść w tzw. sercu (lub też innym organie potencjalnie posiadanym). Zachwycam się zwyczajnie. Nad czym? – można zapytać obdarzając jednocześnie karcącym spojrzeniem.

Myślę sobie odważnie (a co, mogę), że kiedy jest się w takim stylu wolnym, można być bardziej. Bardziej z ludem, bardziej z sobą. Że i jakość życia jakoś wzrasta, i obecność jakaś taka bardziej znacząca dla świata. I jakiś taki człowiek pełniejszy, bo bardziej „włada” sobą niż władają nim. 

Czasem myślę też o spóźniających się pociągach czy autobusach z wdzięcznością. Bo kiedy już stoisz na przystanku, a toto nie przyjeżdża to trochę tak jakby się dostawało gratis parę chwil. Na pomyślenie o swoim czasie, na zadzwonienie do kogoś, na baczną obserwację gołębi, albo dogłębną analizę z autochtonami podobieństw słów (to opcja np. na wywczasie). 

Wiele zależy od własnej twórczości.  Wiele zależy od chęci poszukiwania szansy, dobra w tej chwili, którą się otrzymuje. No i siedzę tak dalej rozważając czy to bardziej wolność, czy niepoukładanie, czy uciekanie, czy jeszcze coś innego. Jednak może ta strategia nie jest aż taka ważna, kiedy jest się pewnym celu, do którego się dąży. Jak mówią klasycy – albo święty, albo nikt. 

A na zdjęciu – ocean w Vila Nova de Gaia, czyli skrócona wersja powyższych filozofii. 


Paulina Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *